Jedno jest pewne, planując kupno mieszkania na kredyt trzeba mieć spore zapasy gotówki i cierpliwości. Ciągle brakuje jakiegoś papierka...
Ostatnio włączył mi się (a propos pracy) tryb: "Co ja tu #$^%& robię?"
Ostatnio mało siebie lubię za zbytnią ugodowość. Nie krzyczę głośno "Nie", chociaż mam na to ochotę. Wszystko w imię dobrych relacji z ludźmi. Tylko gdzie leży granica cierpliwości? Nie powinno być tak, że nic o nas bez nas?
G: No tak już jest, przez połowę życia każą pracować, a przez drugą zapie***ć.
J: A przez trzecią zdychać, jak już odchowasz wnuki (tak wiem, powiedziałam trzecią połowę)
G: No, jak odchowasz dzieci, żeby mogły płacić ZUS
Świeczka w opisie na gadu gadu.
Czarna wstążką, tudzież inny wyprodukowany ekspresowo rysunek z polską flagą w tle.
Czarno-białe tło na wszystkich portalach.
Zamknięte wszystkie sklepy.
Cała Polska w żałobie.
Czy aby nie na pokaz?
Nie zrozumcie mnie źle, kiedy przeczytałam o tym, co stało się w Smoleńsku, przeszły mi ciarki po plecach. Nadal przechodzą. Nie rozumiem jednak obnoszenia się smutkiem i żałobą, jakby to był tylko kolejny element mody. Takie rzeczy nosi się w sercu, a nie na opisie.
Boimy się tego, czego nie rozumiemy
Podczas świątecznych dyskusji z rodzinką, zainspirowany zamachami w Rosji, temat zszedł na Muzułmanów. Jacy to są źli, bo mają wojnę religijną wpisaną w Koran. A w ogóle to jakim prawem, w Warszawie budują swoją świątynię? U nich naszego Kościoła by nie dali wybudować.
Zapomnieli chyba o tym, ilu 'niewiernych' wymordowali w imię swojego Boga Chrześcijanie? Na pytanie ilu Muzułmanów znają, żeby sądzić, że wszyscy oni są terrorystami odpowiedź padła, że żadnego!
Kto dał nam (im) prawo do potępiania innych, za to, że wierzą w coś (kogoś) innego?
Miałam dzisiaj dzień szperania w sieci. Przez przypadek trafiłam na serwis mobilizatory.pl/
Be the change you want to see in the world.
Z racji posiadania działalności, mój numer telefonu jest powszechnie dostępny. Od czasu do czasu dzwonią do mnie różni śmieszni sprzedawcy przez telefon.
Wstałam zrobić sobie herbatę. Jak zwykle, odłożyłam laptopa z kolan (wiem, nie powinno się tak go trzymać) na stojący przede mną stolik. Wydawało się, że stabilnie. Odeszłam może na 2 kroki, gdy usłyszałam jakiś hałas za sobą. Odwracam się a tu mój laptop leży rozłożony na podłodze. Skoczył (a raczej stoczył się najwyraźniej po kablu od zasilacza, a dokładniej to po okrągłym zgrubieniu przy zasilaczu) i się rozpłaszczył. Serce stanęło mi w gardle. "Ciekawe czy działa?"- pomyślałam. No działa, ufff.
I co z tego że działa jak przez ekran przebiega czerwona linia a w paru miejscach pojawiły się czarne plamki?
Chyba tym sposobem mój lapek postanowił mi zakomunikować, że już czas się rozstać. Teraz muszę kupić sobie nowego. Tylko ciekawe... za co?
Po czym poznajesz, że jesteś dobry w swojej pracy?
a) Zaczynasz zarabiać więcej kasy.
b) Szefowie Cię chwalą.
c) Twoi współpracownicy zaczynają kopać pod Tobą dołki.
Jak już pisałam wcześniej, mam okazję stworzyć własny zespół. Urządziłyśmy więc z moją menedżerką akcję rekrutacyjną. Na zamieszczone ogłoszenie odpowiedziało ok 30 osób (jak dotąd). Przekopuję się więc przez te maile i na zmianę klnę i turlam się po podłodze ze śmiechu. Tylko 3 osoby przysłały CV formie możliwej do zaakceptowania. Co do reszty...
Dziś mam wieczór, kiedy wypompowano ze mnie całą energię. Zadzwoniła do mnie moja mama, z wieściami, że z moim dziadkiem jest bardzo źle. I że należy się spodziewać najgorszego... A ja nawet nie mam jak pojechać, żeby się z nim pożegnać. Z jednej strony, to może lepiej, bo zapamiętam go takim, jakiego widziałam go ostatnio, czyli w całkiem niezłej formie. A z drugiej, chciałabym się z nim pożegnać. Nie będzie mi to jednak dane :(
Wszystko jest bez sensu.
Miałam dzisiaj po raz kolejny rozmawiać z osobami z help desku naszego rodzimego rejestratora domen. I po raz kolejny poraził mnie ich brak profesjonalizmu. Nie mówię, że ja rozmawiając z klientami przez telefon nie popełniam błędów. Ale są pewne granice...
No ale może po kolei. Otrzymałam telefon od kolegi z pracy, że w/w rejestrator dzwonił do niego, bo jest problem z płatnością za cesję domeny. Jakoś mnie to specjalnie nie zdziwiło, bo to kolejny raz, kiedy ktoś nie zauważył adnotacji ile mamy płacić, uwzględniając nasz rabat. Oddzwoniłam więc do nich, żeby sprawę wyjaśnić.
Odebrał bardzo zdezorientowany pan. Chyba był zaskoczony, że musi rozmawiać z klientami w ogóle. Strasznie się jąkał. Przez 3 minuty (a licznik połączenia się nie zatrzymuje) pan szukał osoby, która rozmawiała z moim kolegą i wyjaśniał sytuację. A na koniec dowiedziałam się, że wszystko jest w porządku i żadnego problemu nie ma... Bez sensu ;/
Chwilami to trudno zauważyć, ale ja naprawdę walczę ze swoim pesymizmem. Ostatnie parę tygodni przebiegłam na fali euforii wywołanej pierwszymi sukcesami w pracy. Ale teraz już mi to mija. Spadła mi skuteczność, włączył się ogólny leń, jestem przemęczona...
Najbardziej jednak dobija mnie chyba kryzys wiary w otaczających mnie ludzi. Na każdym kroku przynoszą mi zawód. Nic nie jest takie, jakim sobie to wyobrażałam. Widocznie mam za wysokie wymagania...
Ostatnio mam wrażenie że nadszedł dla mnie czas świstaka. Każdy tydzień wygląda prawie tak samo. Zmieniają się tylko drobne szczegóły. Od poniedziałku do piątku praca, w weekend impreza, niedzielny zgon, a wieczorem Kontrasty... Chyba już jestem tym wszystkim zmęczona.
Podobno dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane... Im lepiej chcę, tym większe piekło z tego mam. Strasznie_mi_z_tego_powodu_wszystko_jedno mode [on].
Zastanawialiście się kiedyś, ile osób zauważyłoby, gdybyście nagle zniknęli z powierzchni ziemi? Kto to by był? Rodzina? Współpracownicy? Ktoś jeszcze?
Co sprawia, że nagle nieobecność kogoś teoretycznie obcego sprawia, że koło nas robi się pusto?
Czy ktoś zauważyłby, że mnie nie ma? Kto by zatęsknił?
Ostatnio zauważam jak różnie jestem postrzegana przez otoczenie. Może to skrajne porównanie, ale mam wrażenie, jakby były mnie dwie. Ostatni piątek pokazał mi to dobitnie
Są salserzy, dla których jestem kobietą- partnerką do tańca. Kimś, kogo trzeba traktować z szacunkiem, ładnie obrócić itd. Przy nich się czuję kobieco. Ładnie. Nic dziwnego, że wyszłam w świetnym nastroju...
Oczywiście prawie całe wrażenie z poprzedniego zdarzenia popsuło wyjście z geekami do pubu. Tam chwilami miałam wrażenie, że jestem tylko żeńskim odpowiednikiem kumpla. Chyba za bardzo przyzwyczaiłam znajomych do tego, że nie ruszają mnie szowinistyczne teksty. Tym razem jak zwrócono się do mnie (i otaczających mnie znajomych) per 'chłopaki' zabolało. Może już zbyt dawno nie byłam na WE... ;-)
Miło by było jednak, gdyby moi kumple zauważali, że jestem kobietą... (taka żaluzja ;-p)
Dziś miałam "niesamowitego farta" do ludzi, którzy chcieli ode mnie wyciągnąć kasę. Najpierw na przystanku, Rumunka z dzieckiem prosiła mnie (i wszystkich wokoło) o pomoc. Bo potrzebuje na jedzenie dla dziecka. Kiedy tylko jakiś pan się nad nią zlitował, zaraz podeszło do niego kolejne dziecko, w nadziei, że dostanie parę groszy. Trochę się przeliczyło...
Potem, kiedy szłam do drugiej pracy, szedł przede mną jakiś gość. Nawet nie stary. Odwrócił się i powiedział "Widzi pani jaki jestem głodny? Mówię prosto i szczerze". WTF? Nie, nie widzę, na wychudzonego nie wyglądał.
Przed moją kamienicą często siedzi babka. W sumie to leży. Ona przynajmniej nie ściemnia słownie...
To co powiem, nie zabrzmi po chrześcijańsku zbyt. Ale czemu mam się dzielić ciężko zarobionymi pieniędzmi z ludźmi, których nie znam? Co do których nie mogę mieć pewności, że naprawdę potrzebują pomocy? I dlaczego mam się tłumaczyć, dlaczego nie dam ani grosza (Rumunka najwyraźniej oczekiwała jakiejś wymówki)? Zwykłe "Nie" nie wystarcza? Czy ja się jej pytam, dlaczego żebra na ulicy, zamiast znaleźć pracę?
Czasem zdarza mi się zapominać o słowach mojej menedżerki, o tym że to my jesteśmy naszymi największymi krytykami (a powinniśmy być największymi fanami).
Dzisiaj na zebraniu teamu omawiałyśmy spotkania z klientami z zeszłego tygodnia. Między innymi spotkanie, które po raz pierwszy samodzielnie prowadziłam. W moich oczach- nawaliłam. Pozapominałam podstawowych rzeczy. Nie mówiłam płynnie. Nie przygotowałam odpowiednio narracji, itp. Okazuje się jednak, że nie było tak źle. :)
Przede wszystkim, najważniejsze, że się przełamałam. Jak dziecko uczące się chodzić, postawiłam pierwsze koślawe kroki. Plusy spotkania: w luźnej rozmowie doprowadziłam do tego, że klientka sama zasygnalizowała, że potrzebuje naszej porady. Jak już oswoiłam się z tym, że to spotkanie handlowe, udało mi się przekazać całkiem ważne informacje.
Okazuje się, że mam powody by być z siebie duma :D Ostatnio trochę w to wątpiłam
Dzisiaj też moja menedżerka powiedziała mi, że będę świetnym trenerem dla przyszłych kandydatów do pracy. Bo wiem w jakim bólu rodzi się sukces. :)
Z innej beczki- ostatnio mam etap przełamywania swoich barier. Walczę ze swoją nieśmiałością, brakiem pewności siebie (te dwie opcje już od jakiegoś czasu udaje mi się zwalczać, ale czasem jeszcze mnie dopadają w najmniej odpowiednim momencie), lenistwem. A od wczoraj postanowiłam zawalczyć z własną słabą kondycją. Szkoda, że to musi tyle boleć ;)
